Cześć wszystkim,
Mam taki temat, który pewnie dla wielu z Was jest bardzo dobrze znany. Chodzi o "dobre rady" od starszego pokolenia, głównie od dziadków, ale czasem też od ciotek czy wujków. Wiecie, te klasyczne teksty typu "u nas tak się nie robiło", "zostaw, niech płacze, płuca sobie wyćwiczy" albo "dawaj mu już chlebka z masłem, mój wnuczek w jego wieku jadł już wszystko".
Często to są porady z serca, wiem, że chcą dobrze i to jest fajne, ale czasem człowiek czuje się przytłoczony, albo po prostu ma inne podejście, zgodne z obecną wiedzą czy własną intuicją. Poza tym niektóre rzeczy po prostu się zmieniają i to, co kiedyś było normą, dziś już niekoniecznie jest rekomendowane.
Zastanawiam się, jak Wy sobie z tym radzicie? Jak rozmawiacie, żeby nikogo nie urazić, a jednocześnie postawić na swoim? Czy udaje Wam się znaleźć złoty środek, czy raczej twardo stoicie przy swoim i ignorujecie część uwag? A może czerpiecie z tych rad coś wartościowego i łączcie z tym, co sami uważacie za słuszne?
Jestem ciekawa Waszych historii i strategii. U mnie to ostatnio mocno na tapecie, więc chętnie poczytam, jak to wygląda u Was.
Ooo, to u nas też standard! Ja tam często kiwam głową, mówię "o tak, dziękuję za radę, na pewno weźmiemy pod uwagę", a potem robimy swoje – no bo w końcu to my potem z płaczącym dzieckiem i chlebem z masłem na podłodze zostajemy, a nie babcia haha. Czasem udaję, że zapisuję, ale to tylko dla wrażenia.
Ooo, temat rzeka! U mnie to jest tak, że kiwam głową, mówię 'o tak, muszę spróbować' a potem robię swoje. Przecież nie będę się kłócić o to, czy roczny maluch ma jeść pierogi z mięsem, czy jednak nie, bo po co psuć miłą atmosferę. Ważne, żeby być konsekwentnym u siebie, a reszta to taka forumowa anegdotka.
Ooo tak, temat rzeka! U nas na to jest prosta recepta: kiwam głową, mruczę 'o tak, muszę to przemyśleć' i robię po swojemu, ale z uśmiechem! Przecież nie muszę im mówić, że 'przemyślenie' zajmuje mi całe 3 sekundy, a decyzja jest już podjęta.
U nas to jest klasyk: "za zimno mu, za gorąco mu, za mało je, za dużo je". Ja zazwyczaj kiwam głową, mówię "o tak, babciu, przemyślę to" i robię swoje. Ważne, żeby dziecko było szczęśliwe, a babcia, że ma o czym pogadać, no nie?
HA! Znam to! Moja babcia uważa, że każde płaczące dziecko potrzebuje smalcu, a ja mam doktorat z ignorowania części rad i uśmiechania się, jakbym właśnie odkryła Amerykę. Czasem udaję, że zastanawiam się głęboko, a potem i tak robię po swojemu, bo przecież każdy chce mieć "swoje dziecko na swój sposób wychowane".
Ojezu, u nas to samo! Ja udaję, że słucham z największym zainteresowaniem, a potem i tak robię po swojemu, bo co mi będą mówić. Albo zawsze mogę powiedzieć, że "pediatra tak zalecił", to jest święta krowa, której nikt nie podważa!
Haha, znam to doskonale! Ja to udaję, że słucham z największym zaciekawieniem, potem kiwam głową i... robię swoje. Ważne, żeby byli przekonani, że ich mądrość została przyjęta!
No to jest stary jak świat problem, ale powiem Ci, że wystarczy opanować sztukę kiwania głową i dyplomatycznego "tak, babciu/ciociu". w końcu to ty masz aktualną wiedzę i to ty ponosisz odpowiedzialność za dziecko, więc po prostu robisz swoje, a oni niech sobie gadają.
Ojej, znam to aż za dobrze! U nas to złoty środek polega na potakiwaniu z uśmiechem i robieniu po swojemu, a potem na wszelki wypadek zmieniam temat na "o, jak ładnie ci kwitnie fikusek!". Działa prawie zawsze, chociaż czasem grozi to zasypaniem mnie storczykami.
O tak, klasyka gatunku! u nas złoty środek to 'tak, tak babciu' i robienie po swojemu. nikt się nie obraża, a dziecko i tak ŻYJE, no i czasem jest dodatkowa porcja ciasta za to posłuszeństwo, więc win-win!
Och, to odwieczny problem. Po prostu trzeba się nauczyć filtrować, co jest wartościową tradycją, a co przestarzałym mitem, bo przecież nauka idzie naprzód i nasze podejście powinno być *świadome*, a nie tylko sentymentalne.
Widzę, że wielu z Was ma z tym problem, ale to wynika głównie z braku wczesnego postawienia jasnych granic. U nas to nie przechodzi, bo szybko wytłumaczyłam, że aktualna wiedza jest inna i że my decydujemy, co dla dziecka najlepsze. Trzeba po prostu konsekwentnie trzymać się swojego.
Wiesz co, to klasyk. Ja to mam opracowane - po prostu tłumaczę im spokojnie, ale stanowczo, że czasy się zmieniły i medycyna poszła do przodu, a potem robię swoje. Najważniejsze to nie wdawać się w niepotrzebne dyskusje, bo i tak nie przekonasz, a energia cenniejsza.
Ooo, to klasyka gatunku, haha! Ja na początku próbowałam dyskutować, ale teraz mam inną strategię: kiwam głową, mówię 'o tak, babciu, masz rację' i robię swoje. działa nadzwyczaj dobrze, nikt nie urazony a ja mam spokój!
O tak, klasyka gatunku! U mnie to na zasadzie "dziadku, babciu, rewelacja, dziękuję za podpowiedź! A teraz idziemy sprawdzić, czy działa na kocie, bo on też lubi eksperymenty". Działa, bo odwracam uwagę i mają ubaw.
oj, znam to! ja to już wymiękłam, jak mi teściowa poradziła, żeby dziecku zamiast smoczka dać skórkę od chleba – podobno 'tak się kiedyś robiło'. teraz tylko zbieram na nagrodę Nobla dla tego, kto wymyślił słuchawki z funkcją 'ignoruj teściową'.
Ach, toż to klasyka gatunku, ale szczerze mówiąc, to tylko kwestia odpowiedniego zarządzania informacją; ja po prostu zawsze mówię "dzięki, przemyślimy!" i to kończy temat bez żadnych dramatów. Ludzie chyba za bardzo to wszystko przeżywają.
U mnie to już klasyk, babcia na widok laktatora pytała, po co mi maszynka do kawy, skoro mam dziecko. Ja czasem kiwam głową, mruczę "aha, jasne", a potem i tak robię swoje, udając, że jej super rada zadziałała.
Haha, znam to! U mnie "a wiesz, bo kiedyś..." to jest sygnał do włączenia trybu "uśmiech, pokiwanie głową i zrobienie po swojemu, jak tylko wyjdą". Działa niezawodnie.
Och, znam to doskonale! U mnie już jest etap "uśmiechaj się i kiwaj głową, a potem zrób po swojemu" – nie ma sensu kłócić się o każdą bułkę z masłem, życie za krótkie. Najważniejsze, żeby dziecko było bezpieczne i najedzone, a reszta to już sztuka dyplomacji. Czasem mówię, że "lekarz zakazał" i to zazwyczaj działa cuda.
O MATKO, znam to aż za dobrze! ja to już mam włączony tryb "tak, tak, oczywiście, potem popatrzę", działa jak złoto. czasem się zastanawiam, czy babcia myśli, że jestem głucha, czy po prostu lubi powtarzać.
U mnie to klasyk, ale prawda jest taka, że kluczem jest selekcja i odpowiednia komunikacja. Zawsze mówię, że doceniam intencje, ale współczesna wiedza poszła do przodu, a potem konsekwentnie robię po swojemu, bo przecież ja jestem rodzicem. nie ma co kombinować z szukaniem złotego środka, czasem trzeba po prostu stanąć na swoim.
U nas to jest PROSTE. grzecznie słucham, kiwam głową, a potem i tak robię po swojemu, bo w końcu to moje dziecko i ja wiem najlepiej, co dla niego jest dobre, zwłaszcza mając dostęp do aktualnej wiedzy. Warto pamiętać, że czasy się zmieniają, a z nimi rekomendacje.
O matko, znam to! U mnie to klasyka gatunku – "ach tak, oczywiście, dziękujemy za cenną radę", a potem po prostu robię swoje, z delikatnym uśmiechem i lekką amnezją co do świeżo wysłuchanych instrukcji. Przecież nie powiem teściowej, że jej metoda z octem na gorączkę to zeszła epoka, bo by mi przez tydzień marudziła, że chcę dziecko zagłodzić, a nie leczyć.