Cześć wszystkim,
Ostatnio zastanawiałam się nad pewną sprawą, która pewnie dotyka wielu czytelników. Chodzi o niedoczytane książki. Macie tak, że zaczynacie książkę i po iluś stronach wiecie, że to po prostu nie to? Że nie wciąga, nudzi, męczy, albo styl jest po prostu nie dla Was?
Z jednej strony szkoda czasu na coś, co nas nie wciąga. Życie jest krótkie, a stos "do przeczytania" rośnie w zastraszającym tempie. Po co marnować energię na coś, co nie sprawia nam przyjemności? Z drugiej, zawsze jest ta myśl, że może za sto stron się rozkręci, że to "wolny rozbieg", a potem akcja ruszy z kopyta. Albo że autor miał jakiś genialny pomysł, ale nie potrafił go od razu dobrze sprzedać, a my przegapimy coś super, bo za szybko odpuściliśmy.
Ja kiedyś męczyłam się strasznie. Miałam poczucie, że skoro zaczęłam, to muszę skończyć. Niezależnie od tego, jak bardzo mnie to irytowało. Ale potem zdałam sobie sprawę, że to zabiera mi całą radość z czytania. Czuję się wtedy jakbym odrabiała lekcję, a nie spędzała wolny czas. Teraz, jeśli po powiedzmy 50-100 stronach nic się nie dzieje albo styl mnie irytuje, odkładam bez wyrzutów sumienia i biorę się za coś innego. Sporadycznie wracam do takich odłożonych książek po jakimś czasie i czasem "klika", ale to rzadkość.
A jak jest u Was? Dokończacie każdą książkę, nawet jeśli Was nudzi? Macie jakieś swoje "zasady" – po ilu stronach dajecie sobie spokój? A może są książki, do których wracacie po latach i nagle "klika"? Jestem ciekawa Waszych doświadczeń.
Ha! Właśnie widzę, że ktoś odkrywa Amerykę. Jasne, że się odkłada. Czas to pieniądz, a książek wartych uwagi jest na tyle dużo, że męczenie się z przeciętnością jest po prostu nieefektywne. Po kilkudziesięciu stronach wiesz, czy masz do czynienia z perełką, czy z makulaturą.
Ech, te dylematy. Prawdziwy czytelnik wie, że życie jest za krótkie na kiepskie książki; nie ma co marnować czasu na coś, co nie porywa od pierwszych rozdziałów. Ja mam swoją 50-stronicową zasadę, jeśli do tego momentu nie ma iskry, to bez żalu na stos "nigdy więcej".
Zastanawianie się nad tym, czy męczyć książkę, to trochę jakby się zastanawiać, czy zjeść niedobre ciastko do końca. SERIO? Prawdziwi czytelnicy po prostu wiedzą, kiedy odpuścić i brać się za coś lepszego; u mnie maksymalnie 50 stron na udowodnienie, że warto, inaczej szkoda mojego czasu.
No właśnie, to jest jedna z tych podstawowych lekcji, które każdy czytelnik powinien szybko odrobić. życie jest za krótkie, żeby męczyć się z nudnymi książkami, więc po co w ogóle brać pod uwagę dokańczanie czegoś, co nie wciąga? nie ma co się oszukiwać, jak nie kliknie po kilkudziesięciu stronach, to cudów nie będzie.
No ba, że tak. Szkoda życia na byle co, przecież. Jeśli książka nie chwyta po kilku rozdziałach, to po co tracić cenny czas, skoro są lepsze pozycje?
Heh, ta dyskusja o niedoczytanych książkach to chyba problem tych, co zbyt poważnie podchodzą do lektury. Jeśli coś nie wciąga po kilkudziesięciu stronach, to po prostu widać, że to nie jest materiał godny mojego czasu – nie ma co się zmuszać do przeciętności, kiedy na półce czeka tyle perełek.
no wiesz co, to jest proste. JAK JA WIDZĘ, ŻE PO JAKICHŚ 50 stronach autentycznie MNIE TO MĘCZY I NIE CIĄGNIE, to odkładam bez wyrzutów. życie jest za krótkie, by czytać byle co, serio.
O rany, myślałem, że to już powszechna wiedza, ale widzę, że nie! Męczenie się z książką to nie jest hobby, to masochizm, serio. Pamiętajcie, że nie ma żadnej nagrody za przebrnięcie przez coś, co Was nie wciąga – książek na świecie jest tyle, że na pewno znajdzie się coś lepszego.
o matko, dylematy! przecież to proste: jak po 50 stronach nie wciąga, to znaczy, że nie jest warta mojej uwagi, a nie że "się rozkręci" – szkoda czasu na liczenie na cud. ja od razu wiem, czy coś jest na poziomie, czy to tylko pusty marketing.
O, koleżanko, witaj w klubie! Ja mam tak, że jak mnie nie wciągnie po 50 stronach, to idzie na stos 'może kiedyś, jak będzie apokalipsa i tylko to zostanie'. Szkoda życia na literackie męki, wolę się śmiać, niż płakać nad nudą.
Haha, dokładnie! Ja to mam tak, że jak mi po 50 stronach nie porywa, to odkładam i mówię "do widzenia, może kiedyś, jak będziecie w promocji 2 za 1". Życie za krótkie na kiepskie fabuły, a stosik hańby rośnie i tak sam z siebie, bez mojej pomocy w męczeniu się.
Ooo, znam to doskonale, u mnie to już wręcz sport ekstremalny, chyba zaraz będę pobić rekord w ilości rozpoczętych i porzuconych książek! Życie za krótkie, żeby męczyć się z czymś, co nie klika, na półce czeka cała armia lepszych historii, które same błagają o uwagę. Daję szansę, tak ze 30-50 stron i jeśli nie ma "tego czegoś", to bez żalu idzie na stos "może kiedyś, ale raczej nie".
Ach tak, klasyczny dylemat. Prawdziwy czytelnik wie, KIEDY odłożyć książkę bez żalu, bo życie jest za krótkie na kiepskie historie. ZAWSZE mi się wydawało, że to jest oczywiste, ale widzę, że nie dla wszystkich.
No cóż, dla mnie to nigdy nie była jakaś wielka zagwozdka, przecież od razu czuć, czy książka ma to "coś", czy to tylko strata czasu. Szkoda energii na te rozkminy, po prostu odkłada się nudziarstwo i tyle, nie wiem, skąd to poczucie winy.
Oj tak, szkoda czasu na byle co, to podstawa, zawsze to powtarzam – po co męczyć się z czymś, co nie wnosi nic do życia? Kwestia tylko, żeby sobie uświadomić, że to Ty dyktujesz warunki, a nie książka, proste. Ja tam nigdy nie miałem problemu, żeby odłożyć coś po 20 stronach, bo po co się oszukiwać.
Serio, to już dawno powinno być oczywiste – życie ZA KRÓTKIE, żeby męczyć się z czymkolwiek, co nie wciąga. Regułka '50-100 stron' jest spoko, ale po prostu nie marnuj czasu na literackie potworki, to podstawowa zasada dla każdego, kto ceni swój czas i przyjemność z czytania.
Och, to klasyka, ale ja ten etap miałem już lata temu za sobą. po co w ogóle marnować czas na coś, co nie wciąga od razu, kiedy stos "do przeczytania" SAM SIĘ NIE PRZECZYTA? Trzeba wiedzieć, kiedy odpuścić – selekcja naturalna w czytelnictwie, ot co.
Dylemat 'rozkręci się' to fikcja, wymówka dla tych, co boją się porzucić. Dobra książka wciąga od pierwszych stron, a jeśli tego nie robi, to znak, że jest słaba, a nie, że ty jesteś za mało cierpliwa. Po prostu trzeba mieć wyczucie, co jest godne uwagi, a co nie.
Ach, problem niedoczytanych książek, stara historia. już dawno doszedłem do wniosku, że ŻYCIE JEST ZA KRÓTKIE na kiepską literaturę; nie ma co się męczyć z czymś, co nie wnosi niczego wartościowego. MOJE KRYTERIA są na tyle wyśrubowane, że rzadko marnuję więcej niż kilkadziesiąt stron, zanim zdecyduję, czy autor jest wart mojego czasu.
Ach, odwieczny problem z "niedoczytanymi". ALE przecież rozwiązanie jest banalnie proste: nie wciąga po 50-100 stronach? Na półkę wstydu albo od razu na sprzedaż! Życie jest zbyt KRÓTKIE, żeby tracić je na kiepskie książki, SERIO.
No cóż, to klasyczny problem, ale szczerze mówiąc, po co się męczyć? Ja już dawno wyzbyłam się iluzji, że każdą rozpoczętą książkę trzeba skończyć; szkoda czasu na miernoty, skoro tyle perełek czeka, by je odkryć, wystarczy tylko wiedzieć, kiedy odpuścić.