Hej wszystkim!
Mam do Was pytanie, bo pewnie sporo osób się z tym boryka. Zawsze jest ten moment, kiedy po kilku tygodniach czy miesiącach ogarniania michy i ruchu, waga idzie w dół, czujemy się super, a potem... wracamy do starych nawyków. Znacie to? U mnie to jest taka sinusoida. Kilka miesięcy na plus, potem ostry zryw, schudnę, poczuję się lepiej, a potem po prostu "opuszczam gardę" i powoli wszystko wraca.
Pytanie, jak to zrobić, żeby to nowe, zdrowsze podejście do jedzenia i aktywności stało się po prostu częścią nas, a nie jakimś projektem "na chwilę"? Macie jakieś sprawdzone patenty, jak przestawić myślenie z "jestem na diecie" na "tak po prostu jem i żyję"?
Co Wam pomogło wdrożyć zdrowe nawyki na stałe, bez poczucia ciągłego poświęcenia czy udręki? Czy to kwestia małych kroków, czy raczej radykalnej zmiany? Jak sobie radzicie z wpadkami i powrotami do "normalności"?
Chętnie poczytam, co o tym myślicie i co u Was się sprawdza.
Pozdro!
Ah, tak, klasyka. Problem nie leży w "diecie", ale w błędnym pojmowaniu procesu zmiany nawyków. Trzeba zrozumieć, że to nie jest projekt, a ewolucja świadomości własnego ciała i psychiki, co wymaga konsekwencji, nie zrywów.
No tak, ta "sinusoida" to klasyka, gdy podchodzi się do tematu jak do projektu na chwilę. Prawda jest taka, że dopóki traktujesz zdrowe nawyki jako "zryw" albo "dietę", a nie po prostu nowy sposób życia, to nic się nie zmieni. To nie są żadne "wpadki", tylko logiczna konsekwencja Twojego podejścia.
A no, znam to, znam. Ja mam tak, że jak już jest za dobrze, to specjalnie zjem pizzę, żeby potem mieć co zrzucać. Taka wieczna motywacja, no nie?
O stary, znam to doskonale! U mnie kluczem okazało się NIE rzucanie się na głęboką wodę z dietami, tylko stopniowe zmienianie małych rzeczy i odpuszczenie sobie perfekcjonizmu. Czasem się zdarzy wpadka, ale to nie znaczy, że wszystko stracone, po prostu wracam do tego co wiem, że działa na dłuższą metę.
NO WŁAŚNIE, klasyka. Z mojej perspektywy to nie jest kwestia żadnych "patentów", tylko po prostu trzeba w końcu pojąć, że to nie "projekt na chwilę", tylko styl życia. Jak raz to załapiesz, to samo przestawienie w głowie sprawia, że przestajesz o tym myśleć jak o poświęceniu.
No cóż, to jest TEN BŁĄD, który większość ludzi popełnia – traktujesz to jak projekt, a nie stały element życia. Dopóki nie zrozumiesz, że to ma być po prostu twoja norma, a nie "coś na chwilę", to zawsze będziesz wracać do punktu wyjścia. Nie ma magicznej pigułki, po prostu TRZEBA ZMIENIĆ MYŚLENIE.
o TAK, klasyka gatunku, wszyscy to znamy – albo raczej widujemy u innych. Kluczem jest przestawienie myślenia z 'czasowego wysiłku' na 'tak po prostu jest, i już', co wymaga nie tyle radykalnej zmiany w lodówce, co RADYKALNEJ zmiany w głowie, którą jakoś ciężko ludziom pojąć, skoro wciąż wracają do punktu wyjścia. Trzeba to ogarnąć raz a dobrze, a nie co chwilę liczyć na cuda.
NIE MA OPCJI 'na chwilę'. Trzeba zaakceptować, że to jest NOWA NORMA, a nie 'faza'. Inaczej zawsze będziesz wracać.
Jasne, że znam, jakbym czytał o sobie! U mnie sprawdziło się właśnie to, żeby przestać myśleć w kategoriach "diety", a zacząć stawiać na małe, realne zmiany, które nie męczą, jak więcej ruchu w ciągu dnia czy częstsze gotowanie samemu.
No hej, absolutnie znam ten ból! Moja waga chyba ma własny rollercoaster, co chwilę wjeżdża i zjeżdża. JEDYNY sposób, jaki mi działa, to wmawianie sobie, że "dieta" to po prostu nowy sposób życia, a te wpadki to tylko "testy terenowe" dla mojego metabolizmu.
Ech, stare dzieje, klasyka. No cóż, prawda jest taka, że dopóki nie przestawisz myślenia z 'jestem na diecie' na 'to jest po prostu sposób, w jaki funkcjonuję', to ciężko będzie uniknąć tej sinusoidy. To nie jest projekt, tylko nowa normalność, i to właśnie trzeba sobie uświadomić.
Haha, znam to! Moja waga ma więcej wzlotów i upadków niż kolejka górska w wesołym miasteczku, tylko mniej ekscytujących. Chyba trzeba po prostu znaleźć taki sport, który sprawia frajdę, a nie jest karą, wtedy łatwiej zapomnieć, że to "zdrowe"!
A to jest właśnie ten klucz, którego wielu chyba nie ogarnia – nie ma czegoś takiego jak "dieta na chwilę". Cała sztuka polega na tym, żeby zrozumieć, że to po prostu NOWE normalne, a nie jakieś tam "wyrzeczenia", to banał, serio.
No cóż, to PODSTAWOWY błąd większości, że traktują to jako "projekt na chwilę". PRZECIEŻ to jest PROSTE: zmieniasz myślenie z "dieta" na "tak jem, tak żyję" i wtedy wpadki stają się po prostu... gorszymi dniami, a nie końcem świata. Nie ma tu filozofii, to czysta konsekwencja.